sobota, 18 maja 2019

Zepsucie w Raju - Rozdział 1

 Rozdział 1
,,Occultatum"
   Był chłodny, pustynny wieczór. Samotna salamandra przemknęła przez jezdnię, o włos unikając zmiażdżenia pod kołami ciężarówki. Księżyc w pełni świecił na bezchmurnym niebie, pokrytym kaskadą gwiazd. Cisze przerywał tylko odgłos co jakiś czas przejeżdżających samochodów - na pustkowiu panował spokój.
    W kasynie atmosfera kompletnie różniła się od tej panującej na zewnątrz. W środku słychać było głośny śpiew, dźwięk saksofonu, grę na pianinie, szelest żetonów, a także rozmowy lokalnych bywalców i gości. Było duszno i parno, ogromne, diamentowe żyrandole oświetlały główną salę.
    Na scenie skąpo odziane tancerki wykonywały skomplikowany układ w rytm muzyki. Pomiędzy stołami do gry przemykali zadowoleni zwycięzcy, jak i ci, którzy nie mieli tyle szczęścia. Niedaleko ścian ustawione były maszyny hazardowe, przy których zawsze trzymała się rzesza jednorękich bandytów, w pełni gotowych, by stracić pieniądze dla wielkiej wygranej, która przecież przez większość czasu im umykała. Obsługa krzątała się przede wszystkim w okolicy wymiany pieniędzy, a także i obok stołów do pokera, czujnie wyszukując oszustów.
    Jaycen jak zwykle radził sobie całkiem dobrze – pokera miał we krwi, tak, jak jego ojciec. Ku swojemu niezadowoleniu czasami musiał przyznać, że jednak są dość podobni. Może stąd ich konflikt – w końcu zbyt wiele wspólnego również rodzi kłótnie.
    Przy jego stole siedziały jeszcze cztery osoby - Oliver Marshall, stary alkoholik i kobieciarz, Richard "Dick" Walterson, młody biznesmen – Jaycen dobrze go znał ze studiów, Victoria "Victory" Marlow, nałogowa hazardzistka i żona Edwarda Marlowa, jednego z okolicznych miliarderów oraz Miles, tajemniczy, ciemnoskóry mężczyzna w białym smokingu. Tak, tylko Miles - przynajmniej po tym imieniem znała go większość śmietanki towarzyskiej – ponoć nikt do tej pory nie poznał jego nazwiska. Ludzie nie byli nawet pewni, czy jego imię to aby na pewno Miles – Jaycen nie zdziwiłby się, gdyby się okazało, że nie.
    Noc była jeszcze młoda, a grą dopiero się zaczęła. Na prowadzenie jak na razie wysunął się Oliver, stary kanciarz. Już kilka razy został wyrzucony z kilku innych kasyn za różnej maści oszustwa. Po mieście krążyła plotka, że stary mężczyzna już się nauczył, ale Jaycen prędzej oddałby przypadkowemu przechodniowi swoje Bugatti niż w to uwierzył. Victoria była dziś wyjątkowo nie w sosie, cały czas omiatając nerwowym wzrokiem otoczenie, patrząc się wszędzie, tylko nie na graczy. Miles był jak zwykle zrelaksowany – Jaycen nie był pewien, czy ten człowiek w ogóle odczuwa cokolwiek innego niż błogi stan spokoju. Dick zaś, jak każdy normalny gracz, zachował kamienną twarz.
    Dla wielu amatorów poker był grą na ukrycie własnych emocji i odrobinę szczęścia. Dla prawdziwego gracza to skomplikowana analiza ilości i wartości poszczególnych kart. Jaycen spuścił wzrok na stół do gry, zastanawiając się nad kolejnym ruchem, swoim jak i przeciwników. Oliver jest zbyt pewny wygranej - niedługo się potknie. Albo po prostu znowu kiwa. Victoria cały czas się wierci, wzdycha, denerwuje. Albo naprawdę coś ją trapi albo po prostu próbuje wszystkich zwieść. Richard-
- Przepraszam, mogłabym się jeszcze do was dołączyć, czy może już za późno? - zza swoich pleców Jaycen nagle usłyszał melodyjny, kobiecy głos. Przerwało to jego tok myśli. Inni również spojrzeli w stronę nowo przybyłej, porzucając ich poprzednie rozmyślania. Oliver omiótł ją wzrokiem, dosłownie uśmiechnął się jak rekin i machnął ręką, sygnalizując kobiecie by usiadła.
- Jasne że tak, słoneczko! Dla takiej osóbki, jak pani, możemy spokojnie zacząć od nowa!
Victoria wydała z siebie niezadowolony pomruk, jednak tym razem wyjątkowo postanowiła nie protestować. Richard tylko skinął głową, a Miles lekko się uśmiechnął. Kobieta usiadła na jednym z wolnych siedzeń, dalej od samego Olivera. Nic dziwnego. Od starego na kilometr czuć brandy...
- Genevo! Dawno się nie widzieliśmy. Jak tam w pracy? - niespodziewanie odezwał się Miles, ku zszokowaniu Jaycena oraz prawdopodobnie też i całej reszty graczy. A więc on potrafi mówić! Miles nie był raczej zbyt... gadatliwym typem człowieka. Zwykle tylko się przedstawiał, a gdy ktoś już się go o coś zapytał, to odpowiadał lakonicznie. Nigdy nie zaczynał rozmowy. Nigdy, ale to nigdy. Ta kobieta, „Geneva", musiała być doprawdy 
kimś dla niego istotnym.
- W pracy jak to w pracy – biznes jak zwykle, chociaż ostatnio pojawiło się klika nowości. Nic o czym warto wspominać. A jak tam u ciebie? Tak samo jak zawsze?
Ano. Niestety, w mojej branży to norma. Dobra, ale koniec gadania, przecież nasi przyjaciele tu czekają! Potem porozmawiamy. - zauważył mężczyzna. Wszyscy pozostali, włącznie z Jaycenem, przysłuchiwali się tej niby to typowej, ale jednak jakoś dziwnej wymianie zdań z zaciekawieniem.
    Młody mężczyzna wewnętrznie wzruszył ramionami i zabrał się do gry. Wygląda na to, że tyle z ich małych pogaduszek. Nie żeby Jaycenowi to jakoś przeszkadzało – przyszedł tu żeby grać (i wygrać, tym razem!), nie przysłuchiwać się bezsensownym rozmowom. Na wszystko był czas, jak i miejsce.
    Minuty mijały, a atmosfera wydawała się coraz bardziej napięta. Dzięki sprawnie przeprowadzonemu blefowi teraz to Jaycen miał szanse. Był pewien, że to on ma wygrywający układ. Nareszcie. W końcu coś idzie po mojej myśli. Nadszedł czas odsłonięcia kart. Oliver miał trójkę – od razu usunęło go to z równania. Dick zrzucił karty i oddał pulę. Victoria miała kolor - nieźle, ale chyba już sama zdała sobie sprawę z tego, że nie wygra tego rozdania. Miles odsłonił karty i... full. Naprawdę nieźle. Ale to Jaycen miał dzisiaj farta.
    Wszyscy wstrzymali oddech kiedy chłopak odsłaniał karty. Poker. Jaycen wygraną miał już w kieszeni. Uśmiechnął się nieznacznie, dając upust swojemu samozadowoleniu. Teraz została tylko Geneva – była trochę dziką kartą, ale Jaycen nie spodziewał się, aby mogła go przebić.
    Kobieta jednym sprawnym ruchem odsłoniła swój układ i mężczyzna natychmiastowo zdał sobie sprawę z tego, jak rażąco się mylił. Kompletnie nie docenił jej umiejętności. Poker Królewski. Jaycen nie wiedział jak, kiedy ani dlaczego.
- To żeś się zapędził, synek! - wypalił Oliver i ryknął śmiechem. Reszta graczy zaczęła w stanie kompletnego szoku gratulować Genevie tak wspaniałej rozgrywki. Jaycen zaś pozostał milczący, chociaż mimowolnie zmusił się do uśmiechu.
    Przez chwilę ich spojrzenia się skrzyżowały, a ona odwzajemniła uśmiech. Gdy jego uśmiech był raczej wymuszony, jej wydawał się szczery. Jaycenowi dopiero wtedy udało się lepiej przyjrzeć dziewczynie – wcześniej był zbyt skoncentrowany na pokerze. Miała sercowatą twarz o bladej cerze, dość krótkie, sięgające jej trochę za podbródek falowane blond włosy oraz szmaragdowo zielone oczy. Jej usta pomalowane były wyjątkowo soczyście czerwoną szminką, a na sobie miała wyjątkowo ładną, zieloną suknie do kostek, z rozcięciem przy udzie. W pewnym momencie mężczyźnie głos uwiązł w gardle. Ona... cóż, jednym słowem, była piękna. Piękna w taki sposób, jaki dziś rzadko się spotyka.
    Kobieta musiała zauważyć jego poruszenie, gdyż zachichotała swoim melodyjnym głosem. Jaycen odwrócił wzrok, zawstydzony. On, zawstydzony. Nigdy nie sądził, że jeszcze komuś kiedyś uda się wprawić go w stan zakłopotania. Najwyraźniej się mylił. Chyba czas chwilkę odsapnąć. Mężczyzna bez słów powoli podniósł się od stołu i udał się w stronę najbliższego baru. Cholera, już wystarczająco dużo dziś przegrałem.
-
Poproszę trochę brandy.
- Zły dzień? - zapytał barman, kładąc kieliszek na ladzie. On westchnął i podsunął mu napiwek.
- Po prostu nie mam dziś szczęścia. - mruknął chłopak. Barman zaczął nalewać mu napitek, kiedy ktoś postanowił zająć miejsce tuż obok Jaycena.
- Widzę, że nieźle się dziś zabawiłeś. - 
mężczyzna słysząc znajomy głos automatycznie odwrócił się w stronę przybysza. Na sąsiednim krześle siedziała Bianca, dziś w okazałej, błękitnej sukni wieczorowej. Jej włosy w kolorze ciemnego blondu były splecione w luźny, chociaż elegancki warkocz. On tylko uśmiechnął się beztrosko na widok bardzo bliskiej mu przyjaciółki, zapominając o poprzednich zmartwieniach. Bianca dosyć dziwacznie na niego działała. Ostatnimi czasy chciał już zakończyć ten ich mały romans – ona miała męża, a on nie chciał się plątać w tego typu sprawy. To miało być jednorazowe przeżycie, w końcu przecież oboje tak niewiele do siebie czuli... Jednak ostatnimi czasy, wątpliwości tylko spędzały mu sen z powiek – cały czas o niej myślał. Sytuacja zaczęła się, delikatnie mówiąc, wymykać spod kontroli… Jednocześnie obawiał się, jak i nie mógł doczekać się dnia, w którym w końcu powiedzą sobie dość.
- Dziś? Dziś mam trochę... no, emm... złą passę. - chłopak niezręcznie się zaśmiał, próbując zakryć swoje nagłe niezadowolenie całą sytuacją. To miał być ten dzień – dzień wygranej. Nici z tego. Przy Biance jakoś tak zawsze wydawał się bardziej emocjonalny, a wręcz i wylewny.
- Złą passę, powiadasz? Jaycen, każdemu czasami doskwiera trochę pecha. - kobieta uśmiechnęła się figlarnie. - Może potrzebujesz trochę pocieszenia, co? Mogę się założyć, że-
- Bianca-
- No proszę cię, Salvatore nawet nie zauważy! Tylko jeden, ostatni raz. Wiem, że tego chcesz. Wiesz, że ja też tego chcę, więc co może nas powstrzymać?
- To, że jesteś mężatką? I to, że wcześniej o tym nie wiedziałem? - wycedził Jaycen, a Bianca westchnęła.
- Przepraszam cię jeszcze raz… że wcześniej o tym nie powiedziałam. Ja naprawdę-
- Daruj sobie. - zapanowała niezręczna cisza, a barman, wcześniej zajęty czyszczeniem kieliszków oddalił się na rozsądną odległość od kłócącej się pary. - Ty… kochasz go, tak?
- Salvatore… jest dla mnie ważny. Ale prawda jest taka, że ostatnio nam się nie układa. Różnica jest duża, a ja… potrzebuje czasu. Przerwy. Wiem, to okropnie samolubne
- Skoro jest dla ciebie ważny… Na prawdę, uważasz że to w jakiś sposób naprawi waszą sytuację w związku? - zapytał ją, oskarżycielskim tonem. - Bo ja w to wątpię.
Bianca, zmieszana, przez chwilę odwróciła wzrok od mężczyzny, tylko po to by zaraz znów na niego spojrzeć. Ostrożnie podniosła dłoń i położyła ją na jego policzku. Jej oczy przez ułamek sekundy zaszkliły się, by zaraz potem pojawił się w nich ogień.
- Nie kocham go.
Nie kocha go. Jaycen przez chwilę chciał po prostu zabrać jej dłoń z jego twarzy i wyjść. Miał się w to nie pakować. Miał. Coś go przed tym powstrzymało.
Ciepłe, przyjemne uczucie, rozlewające się gdzieś w okolicy jego klatki piersiowej. Nie. Nie, nie i nie. Nie mogę tak. Musiał jej odmówić i wiedział to. Odsunął głowę i chwycił kieliszek brandy. Najpierw trzeba było nabrać odwagi. Wziął łyk i postawił go wpół-pustego na ladzie.
- Więc mówisz, że go nie kochasz.
- Nie. - jej oczy napełniały się coraz większym, wręcz namacalnym ciepłem. Jej piękne, piwne oczy, pełne wyrazu i uczucia.
- Nie? To kogo?
- Ciebie.
- Mnie?
- Tak, cieb-
Pocałował ją. Zrobił to. W jednym momencie siedział przy ladzie, niewzruszony. W następnym całował ją, z namiętnością z jaką nie całował nikogo innego.
 Zapach drogich, różanych perfum nadał ich zbliżeniu niczym słodkości, która przez długi czas pozostała niezapomniana.
    Bianco, kochana Bianco. Ty kiedyś wpędzisz mnie do grobu.

piątek, 1 marca 2019

Orędzie dla powieszonych

Światłem zduszony
Wracam do łask
Raz niezniszczony
Wkradne się w uczuć twych smak
Gdy zasmakuje twych porażek
Ułożę cię wznak 

Odbiorę chwały smak 
Ukradne twego życia sens
Marzeń mych wykraść nie zdołasz
Gdyż one ziszczone, nie zniszczone
Czekają na mnie 
Jak król na koronę

Przyjemność w sercu mam
Gdy patrzę na to
Czego wart bym nie był
Jednak gorycz mnie zalewa
Moja dusza ubolewa

Jestem zwycięzcą
Wygrałem 
Świat lepszym ze mną
Czemu więc wszystkiemu co znałem
Nagle obcym się wydałem?

środa, 13 lutego 2019

W zgaszonym płomieniu

Ogień i bez dusz strawi jażmo świata
Życiem nakarmi zgłodniały sens
Martwych sokolic para lata
Zaczekaj, zaczerpnij wdech
Szukaj, a znajdziesz morze przejrzyste
Pozbawione fali, pełne i czyste
A gdy ciemny płomień zniweczy świat
Ty będziesz rad

piątek, 18 stycznia 2019

Zepsucie w Raju - Prolog

  Prolog
Szepty w ciemności”

    Zapach spalenizny oraz siarki wisiał w powietrzu. Ciemna sylwetka stała w płomieniach, spoglądając na wszechobecne zgliszcza i zniszczenie, rozsmakowana w swym własnym dziele. Dokonało się.
    Dwie dziewczynki siedziały na kocu, nalewając sobie wyimaginowaną herbatę w porcelanowe filiżaneczki. Wszędzie wokół morze trawy. Panował spokój, przerywany co chwilę przez najróżniejsze ćwierkanie - z pobliskiego lasu słychać było drozdy, słowiki, a wręcz całe królestwo ptaków, gwarnie przekrzykujących się między sobą. Odgłosy życia roznosiły się na całą sielankową dolinę, z dala od zgiełku ogromnych, zatłoczonych miast.
- Czy chciałby pan ciasteczko, panie Collin? - zapytała jedna z dziewczynek, żywo potrząsając rudowłosą lalką ubraną w różową suknie.
- Dziękuje bardzo, ale już się najadłem. Chociaż od takiej piękności jak pani… nie, nie jestem w stanie odmówić! - odpowiedziała jej druga dziewczynka, imitując męski głos, ściskając przy tym pluszowego misia siłą wciśniętego w miniaturowy surdut.
- Fuuu! Beatrice, przez ciebie Collin brzmi jak wujek Stanford!
W
spomniana Beatrice zaczęła głośno chichotać, a po chwili druga, bezimienna dziewczyna dołączyła do niej. Ich śmiech niósł się echem, przenikając łąkę, las i wszystko inne.
    Powietrze wydawało się jej toksyczne, a jednak jego woń działała na nią jak narkotyk. Śmierć, ogień. Chociaż wszystko wokół niej umarło, ona po raz pierwszy od tamtej chwili czuła się naprawdę żywa.
    Ciemna, zimna noc.
- Panienko Beatrice! Beatrice, gdzie jesteś?! - za jej plecami rozbrzmiewał dźwięczny głos Fanny, kobiety, która miała się nią zajmować. Jej tata nigdy nie miał na nią czasu, a jej mama… jej mama chyba nigdy jej nie lubiła. Jej mama zawsze ją ignorowała, spoglądała na nią z pewną dozą niesmaku. Beatrice nie wiedziała czemu. Dziewczynka nie zrobiła przecież nigdy nic złego, by zasłużyć na dezaprobatę matki, a jednak to jej młodsi bracia byli w centrum uwagi. Zupełnie tak, jakby Betty nie była częścią tej rodziny.
Do jej oczu napłynęły łzy. Nie mogła się już dłużej powstrzymywać, chociaż nie chciała płakać. Już nigdy więcej nie chciała płakać, miała być dzielna. Zawsze i po wsze czasy, tak jak obiecała. Spowolniła bieg by przetrzeć oczy. Fanny i tak jej nie znajdzie, a nawet jeśli jej się uda, to ona jedyna zrozumie. Bo w rzeczywistości chyba tylko ona ją kocha.
    Dumnie spacerowała po gruzach i zwęglonych belkach, niczym lew polujący na antylopy, z tą różnicą, że jej zwierzyna już dawno została upolowana. Z gracją dzikiego kota na sawannie podeszła do małego, pokrytego czarnym pyłem misia, nadal siłą ubranego w odświętny strój. Tym razem była to niegdyś biała suknia, teraz praktycznie czarna. Jedno z jego przyszywanych oczu wypadło, pozostawiając dziurę, z której teraz wylewało się wypełnienie.
    Dziewczynka upadła, powalona uderzeniem w policzek. 
- Nie będziesz się tak do mnie odzywać, ty mała suko! Nie jesteś nawet moją córką!
Chociaż ból był nie do zniesienia, ona nie płakała. Już nigdy. Z rogu pokoju słychać było ciche szlochy.
- Ale niech pani przestanie! Bez przesady, to jeszcze dziecko! - wykrzyknęła Fanny, ciemnoskóra służka, jej niania.
- Przestanę, kiedy wreszcie zrozumie gdzie jej miejsce! I nie pozwoliłam ci się odzywać, zasrany czarnuchu!
    Collin spłonął. Pożarły go płomienie.
    Płomienie zjadły dziś wiele osób. Wiecznie nienasycone, domagały się ofiar. Krew na jej rękach, niczym sok z poziomek, który zawsze piła w lato, kiedy zrobiło się gorąco. Tak podobny, a jednak tak inny.
    Spory salon oświetlał tylko ogień z kominka, w którym wesoło skakały iskry.
- Mama mówi żeby z tobą nie rozmawiać. - odpowiedział jej Peter, po czym uciekł z pokoju, wystraszony. Przez ostatnie dwa miesiące były to jedyne słowa, jakie słyszała od swoich braci. Nienawidziła ich za to - za ślepe słuchanie Rosalyn. Nienawidziła ich też za odebranie jej ojca. Gardziła wręcz samym ich istnieniem. Może gdyby ich nie było, ktoś by ją kochał.
    Jej chwilę tryumfu zakłócił głośny krzyk, niosący się echem. Nawet ptaki zamilkły, by oddać jej pokłon. Odgłos bardziej przypominał zarzynaną świnię niż człowieka. Dzięki temu ona już wiedziała, kto krzyczy. Nawet w jej marzeniach nie wyobrażała sobie, że coś takiego mogło się stać. Uśmiechnęła się, a na jej małej, jeszcze dziecięcej twarzy ten okrutny uśmiech przyprawiłby o ciarki każdego, kto ośmieliłby się spojrzeć.
    Zemsta stała się idealna.
    Trzy puste trumny, żałobnicy w korowodzie wyszli z jej domu. Na czele Rosalyn i ojciec. Płaczą, a ich płacz cieszy ją jak nic wcześniej.
     Pod ruinami leżała kobieta, już wpół strawiona przez zajadły ogień, jednak jeszcze żywa.
- Pomocy! Boże… ja… płonę!
Przed nią stała dziewczynka.
- Czy ktoś tu… jest? - pyta. - Nie widzę! Nie widzę! Jezu drogi, nie widzę!
Uśmiechała się.
- Jestem tu.
Słysząc ten głos, kobieta zamarła.
- Kochanie, Beatrice, pomóż mamusi! - kobieta wydusiła błagalnym tonem.
- Ale ty nie jesteś moją mamusią. - odpowiedziała jej dziewczynka ze spokojem.
- Ależ oczywiście… że… jestem! To był tylko… żart-! Wtedy!
Rosalyn była najbardziej żałosną istotą, jaką Beatrice znała.
- Uśmiechnij się, proszę. - powiedziała, po czym wyciągnęła rękę, a dolina ponownie przepełniła się odgłosem zarzynanych prosiąt. Ten dźwięk pozostał z nią już na zawsze. Był niczym muzyka, przepełniająca jej kości i duszę. Powracał do niej w snach, dając jej ukojenie i radość.
    Wszyscy byli w rzeczywistości nieistotni, jak świnie idące na rzeź. Żyli w świecie przepełnionym ślepymi myszami, ukrywającymi się przed gniewem prawdziwych drapieżników.
    Dokonało się, wreszcie.  

Kroniki Cienia - Rozdział 1


    Rozdział 1

    Satynowe, ciemnoniebieskie szaty powiewały na wietrze. Tajemnicza postać stała zaraz przed nim, nieruchoma, odwrócona plecami, z kapturem naciągniętym na głowę. Miała dosyć kobiecą posturę, spoglądała zaś w jakiś punkt w przestrzeni, którego on, przez swoje zamglone po nieprzytomności oczy nie mógł zobaczyć. Tak właściwie, wszystko jeszcze przed nim wirowało i zlewało się w różnokolorowe plamy barw.
Znajdował się na szczycie jakiejś wieży - leżał na brzuchu, dopiero co przebudzony. Lekki wicher smagał jego ciało, powietrze było wyjątkowo ostre i chłodne. Czuł jakby jego głowa miała eksplodować – chociaż może już eksplodowała? Zupełnie jakby wszystkie jego szare komórki uznały za dobry pomysł usmażyć się w mikrofali, a potem jeszcze wyskoczyć na sam środek pustyni Gobi. Niepewnie spróbował wstać, podpierając się o zimną, marmurową podłogę tak bardzo kontrastującą z tym, co działo się w jego głowie. Najchętniej przyłożyłby teraz do niej czoło, ale odłożył tą złotą myśl na później. Powoli podnosił się od ziemi. Udało mu się stanąć na czworakach, ale nie mógł podnieść się wyżej, zupełnie jakby na jego plecach ciążył jakiś niewidzialny ciężar. Ukląkł więc i przetarł oczy, jakby miało mu to trochę oczyścić zamazaną wizję i pomóc z tymi niemiłosiernymi zawrotami głowy. Wzrok nadal miał nieostry i nie mógł dostrzec nic dalej niż kilka metrów od siebie.
Co oni mi dosypali? Zack chyba troszeczkę tym razem przesadził.
- Ha-ha-ha. Bardzo śmieszne. - powiedział głośnio. To jakiś głupi żart. Przesadzony, głupi żart. - Poważnie, panowie? Co mi daliście? Pigułki gwałtu?
Czekał tak przez pełną minutę, w oczekiwaniu na jakiś znak. Jednak nic się nie stało, ani dziwna postać się do niego nie odezwała, ani żaden z jego szkolnych przyjaciół nie wyskoczył nagle znikąd ściskając kamerę.
Wraz z kolegami praktycznie przez całą szkołę średnią wycinali sobie psikusy. Od tych w miarę niewinnych, jak zwykły kubeł wody nad drzwiami, po te bardziej wykwintne, jak na przykład Adam przebrany za Jasona z Piątku Trzynastego wbiegający w nocy z maczetą w ręku do pokoju Micka i Zacka. Z czasem to przetransformowało się nawet w swoistą rywalizację.
Tylko że, no cóż, Alex nigdy nie spodziewał się że jego kumple wezmą to sobie aż tak do serca.
Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że ostatnią rzeczą, jaką sobie przypomina, jest to, jak razem z Lily, jego o rok młodszą siostrą, odbierają ubrania z pralni. Pamiętał dokładnie jej piwne, duże oczy i jasne włosy, jej delikatnie zarumienioną, owalną twarz, ale za nic, ale to za nic nie mógł sobie przypomnieć o czym rozmawiali. To samo okazało się z kilkoma innymi wspomnieniami z tego samego dnia – miał wspomnienia z rozdania dyplomów na zakończenie szkoły, ale nie mógł sobie przypomnieć nawet jednego słowa z przemówienia dyrektorki, już nie mówiąc o jakichkolwiek wypowiedziach uczniów. Zupełnie jakby jego świadomość robiła sobie przerwy.
Nie mógł sobie również, o dziwo, przypomnieć żadnego kontaktu ze znajomymi ze szkoły, wszyscy raczej byli zbyt pochłonięci zakończeniem roku, dla niektórych już ogólnie edukacji, więc teoria żartu stawała się coraz mniej prawdopodobna – ostatni raz kiedy kontaktował się z kimś z jego klasy – nie licząc oczywiście zwykłego wymieniania uścisków i życzeń podczas ceremonii ukończenia szkoły - był kiedy Mick zadzwonił do niego na Skype w niedzielny wieczór. I skąd mieliby wziąć… to wszystko?
Więc może czymś się zatruł? Co jak co, ale to miejsce najmniej ze wszystkich chyba przypominało szpital.
Może nie żył?
Tak szybko, jak ta myśl do niego przyszła, tak ją odrzucił.
Musi być jakieś inne wyjaśnienie. Może to sen? Bardzo realistyczny sen?
Wtedy właśnie został brutalnie wyrwany z jego niekończącego się ciągu myśli. Tak bardzo pogrążył się w przemyśleniach, że wręcz zapomniał o otaczającym go świecie. Nagle przyszło mu na myśl, że nadal jest przed nim tajemnicza kobieta w ciemnej szacie. Co dziwniejsze, nadal się nie rusza, tyko stoi wgapiona w przestrzeń, jakby na coś czekała. Alex zrealizował też sobie, że świat wokół niego już nie wiruje i że wreszcie może widzieć wyraźnie. Przynajmniej tyle.
Faktycznie byli na wieży – wysokiej wieży. Było ciemno – środek nocy, spod zadaszonej budowli można było zobaczyć niezliczone, migoczące gwiazdy. I księżyc.
I księżyc.
Zaraz.
Dwa księżyce?
Chłopak przetarł oczy, żeby sprawdzić, czy to, co widzi, to nie tylko skutek otumanienia. Niestety nadal wyraźnie można było dostrzec dwa srebrno-szare globy na nieboskłonie, jeden trochę mniejszy od drugiego. Ha.
No cóż. To dziwne.
...
Nawet bardzo. Cholera.
Co więcej, wieża, o ile nie była częścią jakiegoś większego budynku, była otoczona mniejszymi budowlami. Przypominało mu to bardzo jakieś stare post-średniowieczne miasteczko, jedno z takich, które można było znaleźć gdzieś w Europie, chociaż mógł zobaczyć tylko kontury różnorakich kamienic i innych tego typu budynków w słabym świetle…
Czy to są pochodnie?!
Klęczał tak, spoglądając na miasto poniżej i na dwa, świecące księżyce ponad całą tą scenerią.
To było chyba najbardziej przerażające, niemożliwe i jednocześnie niesamowite doświadczenie jakie do tej pory mu się kiedykolwiek przydarzyło. Próba użycia zdrowego rozsądku wznieciła tylko więcej niedowierzania.
To się nie może dziać naprawdę. To tylko sen. Zaraz się obudzę i będzie po wszystkim.
Nadal bolały go mięśnie i czuł się jakby przed chwilą przebiegł maraton – ale to nie mogło być prawdą. Racja, zazwyczaj nie czujesz się zmęczonym ani ospałym we własnych snach, ale co z tego?
Nie ma innego logicznego wyjaśnienia. Nie ma.
Postanowił więc wstać. Przysunął się bliżej kamiennego muru – swojego rodzaju barierki – który oddzielał go od dużego spadku. Chwycił się go dwoma rękami i powoli podciągnął się do góry. Przez chwilę stał tylko na chwiejnych nogach i spoglądał w ciemną przepaść. Kiedy był już pewien, że może ustać i że nie spadnie, powoli odwrócił się w stronę miejsca, w którym stała tajemnicza osoba. Istota. Cokolwiek.
Ona nadal tylko tak stała, wpatrzona gdzieś w dal, teraz bokiem do niego. Wyglądała, jakby weszła w jakiegoś rodzaju… trans?
Alex przeżywał wewnętrzny konflikt. Podejść do niej? Jest niebezpieczna? Kim ona jest? Co ona tu robi? Ona mnie tu przyniosła? Nie, idioto, przecież to tylko s-
Zanim jakiekolwiek z jego pytań doczekało się odpowiedzi, ona obróciła się za pięcie, tak, że patrzyła się wprost na niego w nieco zbyt szybkim ruchu by można było go uznać za jakkolwiek naturalny. To wyglądało dosłownie jakby coś ją obróciło.
On czuł, jakby jego serce wskoczyło mu właśnie do gardła. Wiedział jedną rzecz na pewno – coś było z nią nie tak. Naprawdę nie tak. Cała ta sytuacja była nie tak. Serce nadal biło mu jak młot pneumatyczny, gdy Alex powoli zaczął się posuwać wzdłuż niewysokiego kamiennego muru, byle jak najdalej od niej, aż natrafił na jedną z kolumn podtrzymujących zadaszenie. Był dosłownie przyparty do muru.
Przynajmniej teraz miał wgląd na całokształt miejsca w którym się znalazł – a jak się okazało, nie znajdował się na takiej sobie wieży, a na dzwonnicy. Z sufitu zwisał ogromny, miedziany dzwon – zastanawiał się, jak wcześniej mógł go nie zauważyć. A tuż pod tym dzwonem znajdowała się... klapa w podłodze! Gdy tylko ją zobaczył, nie spuszczał z niej wzroku.
Może uda mi się przez to uciec…
Zbierając całą swoją odwagę, znów spojrzał na postać. Ku jego zdziwieniu, nie wykonała ruchu w jego stronę, tylko cierpliwie oglądała jego działania. No cóż, gdyby to zrobiła, już dawno pewnie bym wiedział. Albo byłbym już nieżywy. Na samą myśl o jej intencjach poczuł gęsią skórkę. Jakoś niespecjalnie wyglądała przyjaźnie. Raczej jak możliwa seryjna zabójczyni. Demoniczna seryjna zabójczyni?
To nie sen, to koszmar.
Pomyślał o swoich opcjach. Ona się nie rusza. Może to nie o mnie jej chodzi…? Mało prawdopodobne – nikogo innego tu nie ma, geniuszu. Może ona się mną bawi? Czeka na jakiś zły ruch z mojej strony?...
To jest jakaś paranoja. Muszę coś zrobić. Albo będę tu stał i czekał na cokolwiek-ma-się-stać albo teraz coś zrobię, żeby się stąd wydostać.
Postanowił więc. Jeszcze raz spojrzał na drewnianą klapę. Potem jeszcze raz na nią. Przełknął ślinę. W jednym momencie wystartował do jedynego wyjścia. Zanim zdążył zrobić więcej niż trzy kroki, został odepchnięty wprost na kolumnę, tak mocno, że siła uderzania zwaliła go z nóg i wylądował w pozycji siedzącej – widział gwiazdy już nie tylko na niebie. A został odepchnięty przez powietrze. Ona nawet nie drgnęła palcem. Chyba ten fakt niepokoił go najbardziej. Zamiast wcześniejszej mieszanki uczuć, teraz tylko narastała w nim panika. Bardzo dużo paniki. Czuł się jak granat, który miał właśnie eksplodować.
Aha. Ok. To-
To tylko sen. To wszystko mi się śni. To jakiś chory koszmar, a ja zaraz się obudzę.
Niestety nadal czuł pod sobą zimny marmur, za plecami chyba jeszcze zimniejszy kamień, a przed sobą widział tę samą kobietę, czy też cokolwiek-to-cholerstwo-jest.
Alex miał w tym wszystkim cichą nadzieję, że owa kobieta pozostanie w jednym miejscu i nadal będzie się z nim bawić, jakkolwiek by nie to brzmiało. Jednakże postać zaczęła powoli poruszać się w jego stronę. A poruszała się z wyjątkową gracją i szybkością jakiej jeszcze nigdy wcześniej nie widział – przynajmniej nie u ludzkiej istoty.
Czuł się kompletnie sparaliżowany – czy to może z powodu tej paniki, czy to też może zasługa czegokolwiek-to-coś-używa.
Teraz ona stała przed nim. Zanim zdążył nawet przemówić, jakaś niewidzialna siła podniosła go na nogi, do pozycji stojącej, i zaraz przycisnęła go do kamiennej kolumny. Nie mógł ruszać nawet palcami dłoni. Znajdował się teraz twarzą w twarz z prześladowczynią. I chociaż jej twarz znajdowała się kilka centymetrów od niego, duży kaptur nadal w całości ją zasłaniał.
W tym momencie Alex spodziewał się, że sen się skończy. A przynajmniej miał taką nadzieję.
Niestety nic takiego się nie wydarzyło. Ona uniosła jedną rękę na wysokość jego klatki piersiowej. Jak na potwora ma wyjątkowo zadbane dłonie. Heh… Pomyślał do siebie.
Odkładając ironiczne myśli, uczucie grozy coraz bardziej opanowywało jego zmysły. Nie mógł się ruszać.
Ale mógł mówić.
-Hej...hej, poczekaj! - próbował zatrzymać ją przed tym, cokolwiek miała zrobić. Starał się, by jego głos nie był zbyt drżący, ale to tylko dało odwrotny skutek.
Najważniejsze że udało mu się odnieść mały sukces.
Na chwile zaprzestała swoich działań, a jej ręka opadła do jej tali, z dala od jego klatki piersiowej, jego serca. Przekrzywiła głowę na bok, jakby coś ją zaciekawiło… albo zdenerwowało.
Przez chwilę tak się w siebie wpatrywali. Alex naprawdę nie wiedział, co powiedzieć. Ale i tak przecież musiał podtrzymać konwersację.
-Cokolwiek masz zamiar- - zanim zdążył dokończyć, poczuł dziwną pustkę. Spróbował wymówić słowo. Nic nie wyleciało z jego ust. Miał ochotę chwycić się za krtań, ale nie mógł ruszać rękami. Miał ochotę krzyczeć. Ale nie mógł.
Jej ręka znów zawisła przed jego klatką piersiową. Tym razem już nic nie mógł zrobić, tylko bezczynnie wpatrywać się w tą nieodgadnioną zjawę.
Dotknęła go palcem wskazującym. Na początku nie czuł nic.
W porządku… To dziwne. Był wgapiony w jej palec wskazujący z mieszanką zaskoczenia i oczekiwania na twarzy.
I wtedy to poczuł. Prawdziwy, palący ból. Jakby ktoś przykładał mu rozżarzony węgiel, albo pogrzebacz w miejscu w którym jej palec stykał się z jego ciałem. Wyrwał mu się jęk. Był zaskoczony, odkrywając, że znowu może mówić. To zaskoczenie jednak nie trwało długo, ustępując bólowi, jaki zadawał mu jej dotyk. Poruszyła palcem, powoli rysując jakiś symbol. Nie był jednak w stanie go zobaczyć, gdyż czuł się jak poddawany istnej torturze. Nie panował nad tym, co robi. Krzyczał i wiercił się, choć niewiele mógł zrobić. Po chwili, kobieta zaprzestała, a on czuł, jak ciemność otacza go ze wszystkich stron, pochłaniając go wraz ze sobą.
Alex znów stracił przytomność.

. . .

    Siostra Cilia jak zwykle odprawiła wieczorną modlitwę do Wszechwiedzącego.
-...I ty Panie nasz, ochroń nas przed chordą Złego i udziel nam na pomoc pośredniczki swojej, Wielkiej i Przenajświętszej bohaterki Alei En'Aveleen.
Tymi słowami zakończyła swój pacierz. Wstała z pozycji medytacyjnej i nie zdmuchując nawet wcześniej świecy jaką trzymała na stoliku nocnym, opadła na łóżko dosłownie jak kłoda. Miała za sobą wyjątkowo ciężki dzień – najpierw musiała zająć się chorym synem pani Bexley, zaś potem razem ze swoją przełożoną, Wielką Kapłanką Malią, musiały przeprowadzić aż trzy rytuały kremacyjne.
Trzy! Ta piekielna epidemia rozprzestrzenia się szybciej niż Potwory w Dzień Sądu! Niedługo pochłonie połowę Dzielnicy Kramów jeżeli gubernator Harcourt czegoś nie zrobi.
Cilia zawsze była porządną i uczciwą osobą, niezależnie od pogłosek o jej dosyć... „skrajnych” poglądach. Chociaż zgadzała się z niektórymi prawdami głoszonymi przez ekstremistów, nie mogła znieść ludzkiego cierpienia – czy to tego zwykłych, naturalnych i niemagicznych obywateli, czy to magów. W końcu dlatego podjęła się służby w Kaplicy – jak jej matka przed nią i jej babka przed jej matką, rodzina Jordaye już od pięciu pokoleń była w służbie Panu.
Wyrywając się z przemyśleń, odwróciła się w stronę swojej świecy i jednym podmuchem ją zgasiła. Postarała się wygodnie ułożyć w łóżku, lecz ciągle coś jej zawadzało.
Normalnie potrafiła zasnąć szybciej niż pijany bywalec karczmy Pod Bladą Panną i tak spać jak kamień przez resztę nocy, zwłaszcza gdy była zmęczona. Jednakże może to ze względu na irytacje związaną z zaistniałą w mieście sytuacją, a może z jakichś innych przyczyn tej nocy nie mogła zmrużyć oka.
Leżała więc w swoim skromnym łóżku, w swoich skromnych kwaterach. Światło dwóch księżyców sączyło się przez okno umieszczone zaraz nad jej łóżkiem. Jej kwatery, znajdujące się chyba najbliżej wieży dzwonniczej, potrafiły dać jej w kość – czasami budziło ją poranne dzwonienie, które miało wzywać na wczesne nabożeństwa, albo ten fanatyk, Brat Bertin, który często udawał się na wieżę po to, by „studiować gwiazdy”. Toż nonsens.
W końcu, po krótkim czasie, postanowiła wstać i udać się do toalety, która znajdowała się tuż za rogiem od jej małego pokoju. Ponownie rozpaliła świecie –tradycyjnie, nie za pomocą magii – brzydziła się jakimkolwiek jej użytkiem.
Podeszła do drzwi i po cichu je otworzyła – choć niewiele osób mieszkało w tym sektorze świątyni, nadal nie chciała nikogo obudzić. Powoli pokuśtykała w stronę drzwi w swojej długiej koszuli nocnej, gdy usłyszała głos dochodzący skądś gdzieś ponad nią.
- Ha-ha-ha. Bardzo śmieszne. Poważnie, panowie? Co mi daliście? Pigułki gwałtu?
W jednym momencie się zamarła na starej, drewnianej podłodze. Na początku jej zmęczony umysł uznał, że to pewnie znów Bertin i jego wygłupy.
Tylko że, to nie brzmi jak Brat Bertin…
I czym, do łaski Najświętszej Alei, są pigułki gwałtu!? Jakieś szatańskie- Ktoś się włamał do prywatnych kwater świątyni!
Nagle zdając sobie z czegoś takiego sprawę, Siostra chciała biec do swojej przełożonej wznieść alarm. Miała już zbiec po schodach, na niższe piętra mieszkalne, gdy dało się słyszeć jęk.
I krzyk.
Zatrzymała się zaraz przed zejściem i odwróciła się w stronę spiralnych schodów prowadzących na szczyt wieży. To na wieży. Co złodziej robi na wieży? Co się tam dzieję?
Postanowiła ruszyć po schodach w górę, by samej się przekonać, co miało tam miejsce. Złodziej mógł próbować przez nią uciec, a ona musiała go złapać na gorącym uczynku jeśli chciała oczekiwać na jakikolwiek wyrok. A i to nie wyjaśniało tych krzyków… No co się tam, do siedmiu piekieł, wyrabia?
Ciężko oddychała gdy wreszcie dotarła do drewnianej klapy prowadzącej na dzwonnicę. Pchnęła ją z dużym wysiłkiem, zawsze będąc drobną.
Gdyby określić słowami to, co zobaczyła w momencie w którym dostała się na szczyt dzwonnicy, na pewno nie było to coś czego się spodziewała.
Na murze stała kobieta, trzymająca w obu rękach coś dużego. Cilia nadal przykrywała swoją świecę ręką, więc nie mogła dokładnie określić, co. Było jednak wielkości dorosłego człowieka, co już samo w sobie ją zadziwiło. Sama kobieta dosłownie wyglądała, jakby miała właśnie zeskoczyć w czeluści Ostatniego Murowanego Miasta na Wschodzie i raz na zawsze pożegnać się z życiem.
- Pani, zaczekaj! - wykrzyczała Siostra, nie myśląc zbyt wiele. Naturalny instynkt kazał jej zatrzymać kobietę. Czy ta kobieta zamierza skakać? Ona chcę zginąć? Co ona sobie wyobraża!?
Wtedy właśnie odsłoniła świecę, by móc widzieć, z kim ma do czynienia. I wtedy właśnie zobaczyła, co tak właściwie trzyma ona w rękach.
Był to młody mężczyzna, gdzieś w okolicy dwudziestu wiosen, miał jasne włosy i zamknięte oczy. Na początku nawiedziła ją najgorsza myśl - On nie żyje…? , jednakże zauważyła, że jego klatka piersiowa miarowo opada i się unosi. Jest nieprzytomny. Dzięki Wszewiedzącemu…
- Pani! Co pani- - lecz zanim dokończyła, nieznajoma odwróciła się twarzą do światła.
To była Aelbeth, córka miejscowego kupca w Dzielnicy Kramów, która zaginęła kilka nocy wcześniej. Jej kasztanowe włosy były potargane, jej zwykle uśmiechnięta i zarumieniona twarz była blada jak ściana, wyraz twarzy zaś beznamiętny.
I jej oczy.
Jej oczy, zielone jak szmaragdy, były mlecznobiałe i mętne. Wyglądała jak chodzące zwłoki.
Siostra Cilia krzyknęła. Aelbeth nic na nią nie zważając, obróciła się w jej wcześniej docelowym kierunku. Skoczyła.
Zniknęła w ciemności.
Siostra tak strasznie się przeraziła, że potknęła się o własne nogi i runęła w dół schodów, wykrzykując niezrozumiałe zdania i przekleństwa.

. . .

    Tej pamiętnej nocy, siostra Cilia Jordaye z Kaplicy na Dzielnicy Kramów obudziła wszystkich rezydentów prywatnych kwater świątynnych, po czym wybiegła na ulicę, budząc przy tym prawie całą Dzielnicę. Pobiegła do najbliższego posterunku gwardzistów, twierdząc, że zobaczyła na wpół martwą Aelbeth Finchey trzymająca w rękach jakiegoś nieznanego jej mężczyznę. Wezwała nawet samą Łowczynię stacjonującą w Shieron, by ta wytłumaczyła jej, czy to było Monstrum.
A po Aelbeth nie było nawet śladu.